Od słowa do sprzeczki – analiza języka kłótni

Znaczenie motywacji w życiu każdego człowieka

Słowa towarzyszą nam przez całe życie. No cóż, to nic odkrywczego. Używamy ich stale właściwie automatycznie, nie zastanawiając się nad nimi, stanowią one podstawę naszej komunikacji ze światem.

Ale może warto się im przyjrzeć?

Poważnie pierwszy raz zastanowiłam się nad ich dodatkową funkcją w moim życiu, gdy sprzeczki i awantury towarzyszyły mi często.

Znacie te rozmowy, które pojawiają się jak już emocje opadną?

Jak mogłaś tak powiedzieć?

Jak? Co ja takiego powiedziałam, co nie byłoby prawdą?

Tu następowało przytaczanie wypowiedzianych słów. Niestety, czasem nie pamiętałam co powiedziałam w afekcie, to fakt, musiałam połykać te żaby. Było to dość upokarzające. Ozywała się moja ambicja. Ja taka perfekcyjna, kłócić też powinnam się perfekcyjnie. A tu proszę.

Nie raz okazywało się, że nie tylko moja pamięć szwankuje. Często zdarzało się, że używałam tzw. „kalek słownych” lub przyswojonych zwrotów, które bombardowały moją głowę i tym samym moich bliskich, a zupełnie nie oddawały intencji tego co chciałam przekazać. Natomiast wprowadzały jeszcze większy zamęt i powodowały eskalację problemu. Nie ukrywam, że bywało też tak, że robiłam to z pełną premedytacją, przecież ja z natury „kogut” i „byk”, święta nie jestem i chętnie dziobnę albo nadzieje na rogi mojego przeciwnika .

Któregoś dnia, po jakimś naprawdę przykrym incydencie, kiedy bardzo zależało mi aby się dogadać, a jak zwykle nie wyszło, z uczuciem krzywdy, niezrozumienia i złości rozmyślałam… Przyszedł mi wtedy do głowy następujący pomysł – a jakby tak nagrać te moje przepychanki słowne? Zobaczyć film po kilku dniach czy nawet tygodniu, gdy temat pójdzie w odstawkę, a emocje dawno opadną. Spodobała mi się ta myśl…

Jednak zabrakło mi odwagi. Nie zrobiłam tego.

Ale do dziś uważam, że pomysł był zacny, tylko tak sobie myślę, że kamera powinna być odpalona przez przypadek, może jakiś niewyłączony monitoring w domu… Świadoma obecność kamery może rodzić przekłamania, tak mi się wydaje.

Jako ambitny wrażliwiec, czujący, że jest nie rozumiany, nie akceptowany i nieszczęśliwy w swym osamotnieniu, zastanawiałam się nie raz nad feedbackiem jaki dostawałam od swych rozmówców.

Gdy analizowałam zarzuty, które do mnie kierowano, skupiłam się na języku i słowach, zaczęłam od genezy – myślimy w języku, w którym swobodnie się komunikujemy, który jest naszym rodowym, to pokierowało moją uwagę na to, że myśli to zawsze słowa, myślę słowami.

Czyli myślimy tak jak mówimy, mówimy jak myślimy.

A myśli czyli słowa ukryte w głowie brzmią inaczej niż te wypowiedziane na głos.

Nasz język ojczysty, jest bardzo bogaty, ale jednocześnie, zawiera w sobie bardzo dużo zaprzeczeń, czasu niedokonanego i zwrotów generalizujących. Ponad to każdy z nas ma swoje ulubione słówka i zwroty, których nadużywa i których używa automatycznie. Czasem nijak one nie przystają do intencji czy uczuć.

I tu jest clou.

Ja osobiście zdecydowanie za często używałam zwrotów:

… bo Ty zawsze, bo Ty ciągle, generalnie, etc.

To rozwścieczało mojego dyskutanta. Nic dziwnego. Przecież nie ma takiej opcji, żeby ktoś robił coś zawsze i ciągle. Ale ja miłośniczka tego typu zwrotów, atakowałam nimi, potem swoją wizję rzeczywistości sprytnie generalizowałam i tym sposobem wkładałam moich bliskich do szuflad z odpowiednimi napisami i nie zamierzałam ich już stamtąd wypuścić.

Do czasu, kiedy sama zostałam potraktowana tymi zwrotami.

I kto to robił? Mój najukochańszy syn. Z perspektywy czasu, wiem, że tylko od niego byłam w stanie usłyszeć, bez pretensji i żalu, jak to naprawdę brzmi i jakie uczucia wywołuje. Wyedukował się przy mnie niepostrzeżenie, i zaczął stosować moja metodę w stosunku do mnie. Był moim lustrem – używając moich zwrotów pokazywał mi jak czuje się ktoś, komu mówi się ze zawsze i wszędzie…

Oj, bolało i złościło bardzo.

Był żywym dowodem, na konieczność wprowadzenia zmian.

Od tego momentu zaczęłam nieco kontrolować co mówię, ale daleka byłam jeszcze od ingerencji w myśli.

Ale nadszedł ten dzień, dzień przełomu, kiedy moja przyjaciółka z nieukrywanym rozdrażnieniem powiedziała do mnie:

Jak jeszcze raz powiesz, że czegoś się boisz to Cię wystrzelę na orbitę.

Stałam z wybałuszonymi oczami i nie wiedziałam co zrobić, co powiedzieć. Rzeczywiście bałam się tego o czym mówiłam, więc zaprzeczanie byłoby niezgodne z moimi uczuciami. Rodził się bunt. Odzywało się Ego. Dzielnie nie dałam im się rozpanoszyć. Skupiłam się na dobrej intencji. Wiedziałam, że używam tych słów, ale nie zdawałam sobie sprawy, że tak nagminnie i jak sadze nieadekwatnie do sytuacji. Musiało być to bardzo widoczne, że otrzymałam taki komunikat.

Być może był to mój wewnętrzny sabotażysta, który miał mnie zatrzymywać w miejscu zamiast puścić w drogę. Tak czy siak pewnie moja głowa stwarzała sporo okazji, do tego aby się bać, czyli nic nie robić…

Przyglądałam się temu. Przypomniały mi się moje wcześniejsze rozważania na temat słów, które połączyłam z wiedzą o lękach i kreacją rzeczywistości, i trafiłam na trop, że moje automatyczne przywiązanie do tego słowa, może generować te wszystkie straszne w mym życiu sytuacje, których się boję, bo w końcu myśl kreuje rzeczywistość. A wypowiedziana to podwójna moc.

Zrobiłam proste ćwiczenie, postanowiłam wypisać wszystkie synonimy słowa BOJĘ SIĘ.

Boje się, obawiam, niepokoję, lękam, martwię się, odczuwam strach, mam cykora, jestem przerażona….

Następnie próbowałam znaleźć inne, które mogłyby je zastąpić. Niestety wszystkie kojarzyły się z lękiem. Chcąc to zmienić, musiałam zgodzić się sama przed sobą, że eliminuję te słowa ze swojego potocznego języka i z codziennych sytuacji.

W samym słowie boje się nie ma nic złego jeśli dotyczy rzeczywiście zagrażającej nam sytuacji, a nie jakiejś wyobrażonej, przewidywanej, która jeszcze nie ma miejsca.

Tak, więc powstał mój słownik alternatywnych zwrotów:

Chciałam zwrócić uwagę na…, zastanawiam się co jeśli…, może lepiej byłoby …, co zrobię gdy…, etc.

Uruchomiłam filtry, słowo boje się i jego rodzeństwo coraz rzadziej wkradały się do mojego słownika. Moja automatyka przesuwała się w inne miejsce. A gdy uważnie przyjrzałam się mechanizmowi, okazało się, że myśli też ulegają zmianie.

Ostatnio jedna z bliskich mi osób, zwierzyła mi się, że ktoś zwrócił jej uwagę na nadużywanie słowa „walczę”. Gdy przyjrzała się swojemu życiu powiedziała: „Tak, właśnie tak jest, ja całe życie walczę. Jak nie wywalczę, nie wyszarpię to nie mam.”

Doświadczyłam i zobaczyłam, na własnej skórze jak słowa determinują nasze życie. Stanowią one obraz naszych lęków, więc warto się im przyglądać. Jeśli coś Wam przeszkadza, coś idzie nie po Waszej myśli, nie jest takie jak chcecie, posłuchajcie co mówicie i jak mówicie. To może pomóc.

Ja, kieruję się na ścieżkę badawczą . Całkiem, niedawno zdecydowałam się na analizę swojego języka. Skorzystam z pomysłu pt.„kamera” jednak zamienię ją na dyktafon – chcę usłyszeć swoją mowę w kilku rozmowach czy dyskusjach, takich wciągających, bez złości i agresji, kiedy pasja i zaangażowanie pozwalają zapomnieć o włączonym sprzęcie.

Ostatnio moi bliscy zwrócili mi uwagę na często wypowiadany przez mnie zwrot „chce ruszyć do przodu”. Spytali co to właściwie znaczy, bo żongluję nim jak mi się podoba, a oni nie do końca rozumieją co mam na myśli. Interesujące, prawda? Ja oczywiście wiem, co mam na myśli i to z radością wyjaśniłam zainteresowanym. Ale sygnał, że czegoś nadużywam, rozbudził moją ciekawość bardzo  –  co jeszcze takiego pojawia się w moich wypowiedziach, co może mieć niepożądany wpływ na moje życie??

Oczywiście nie zapomnę nikogo zapytać o zgodę czy mogę włączyć dyktafon i nagrać rozmowę wyłącznie na potrzeby własnych badań, w drodze do porządanej zmiany .

Ciekawe co usłyszę?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.